Antek pochylał się nad rolą i dotykał ręką wschodzących ździebeł.
— Idzie… gęste kiej szczotka… — mruknął i obejmował oczami te morgi, które obsiewał za odrobek ojcu.
— Gęste, ale ojcowe lepsze, idzie kiej bór! — mówiła Hanka patrząc na sąsiednie zagony.
— Bo rola lepiej doprawiona.
— Mieć ze trzy krowy, to by i ziemia się pożywiła.
— I konia swojego.
— I przychować co na sprzedaż. A tak, co? Każdą plewę, każdą obierzynę ociec rachują i mają za wielgie rzeczy.
— I wszystko wypomina!…
Zamilkli nagle, bo uczucie krzywdy zalało im serca żalem, gniewem i głuchym, szarpiącym buntem.
— Ino osiem morgów by wypadło — wykrzyknął bezwiednie.
— Juści, że nie więcej. Przecież to i Józka, i kowalowa, i Grzela, i my — wyliczała.
— Kowalowe by spłacić i ostać przy chałupie i półwłóczku…
— A masz to czym?… — jęknęła aże w tym uczuciu bezsilności tak silnym, że łzy jej pociekły po twarzy, gdy ogarnęła oczami te pola ojcowe, tę ziemię jak złoto czyste, gdzie i pszenica, i żyto, i jęczmień, i buraki od skiby do skiby siać było można… Tyle dobra, a to wszystko cudze… nie ich…5.
Małżeństwo kontynuowało rozmowę, ale Antek coraz bardziej zatapiał się w swoich myślach i nie słuchał, co mówi Hanka. W końcu zostawił żonę samą z dzieckiem i skierował się do wsi. Hanka rozżalona wracała sama z dzieckiem na ręku. Czuła się samotna i nieszczęśliwa.

