W Lipcach nadeszła niedziela, wszystkie zwierzęta pasły się na pastwisku, a Kuba leżał i uczył Witka modlitwy, który jednak nie był uczniem skorym do nauki. Wolał oglądać zwierzęta niż się modlić, choć Kuba go często upominał. Ludzie powoli szli do kościoła:
Słońce przygrzewało niezgorzej, że wszystkie okna i drzwi chałup powywierano na przestrzał; gdzieniegdzie, pod przyzbami, myto się jeszcze, gdzie znowu czesano i zapletano warkocze, gdzie wytrzepywano świąteczne szmaty, zmięte całotygodniowym leżeniem w skrzyniach, gdzie już wychodzono na drogę, że raz wraz niby maki czerwone, niby georginie żółte, co dokwitały pod ścianami, libo te nagietki i nasturcje — tak szły kobiety strojne, szły dziewczyny, szli parobcy, szły dzieci, szli gospodarze w białych kapotach, podobni do ogromnych żytnich snopów, a wszyscy dążyli wolno ku kościołowi drogami nad stawem, któren niby misa złota odbijał w sobie słońce, aż oczy raziło. A dzwony wciąż biły radosnym głosem niedzieli, odpocznienia, modlitwy1.
Kuba również poszedł na mszę, lecz najpierw skierował się na plebanię. Ksiądz chodził po ogrodzie i modlił się. Parobek wręczył duchownemu kilka kuropatw za co otrzymał złotówkę. Zaczął się zastanawiać nad tym, jak wygląda jego życie i jak jest traktowany.

