Profesor wykąpał się i zaplanował zakup planu miasta i odnalezienie ambasady, co powinno pomóc w rozwiązaniu wszelkich trudności. Powinien też zrobić zakupy, żeby zjeść coś porządnego. Pełen energii zjechał windą i zauważył, że czołgu już nie ma, ale ulicami jeździ wiele opancerzonych samochodów. Zaczepił jednego z przechodniów, ale szybko doszedł do wniosku, że nie rozumie żadnych z jego słów. Profesor błądził po Warszawie i był zdziwiony, że ulice są puste, choć był poniedziałek lub wtorek. Na jednym z lokali zauważył napis BAR, do którego wszedł.
Otworzył drzwi. Przez chwilę nic nie widział, bo szkła jego okularów pokryła mleczna warstewka pary. Przetarł je chusteczką i ujrzał ponure pomieszczenie z kilkoma obskurnymi stolikami. Przy jednym siedziała stara bezzębna kobieta. Nic nie jadła. Po prostu siedziała i patrzyła w szybę. Za kontuarem stała postawna dziewczyna w poszarzałym fartuchu. Nigdzie nie było śladów jedzenia, więc pomyślał, że może słowo BAR znaczy co innego po polsku niż po angielsku. Chrząknął niepewnie. Dziewczyna powiedziała coś do niego. Zapytał, czy mógłby coś zjeść. Spojrzała na niego ze zdziwieniem. Nie rozumiała go3.
Po kilku jakimś czasie profesor dostał do zjedzenia talerz zupy i klusek. Jedzenie było okropne. Mężczyzna zapłacił i wyszedł z lokalu. Miał nadzieję, że telefon już się naprawił. Naukowiec wsiadł do przypadkowego autobusu. Profesor był zdezorientowany, czuł na sobie wrogie spojrzenia innych pasażerów. Wysiadł na pierwszym przystanku i postanowił wrócić pieszo. Po drodze zobaczył wystawę sklepu zagranicznymi produktami, które były dla niego znajome, ale sklep z niewiadomych przyczyn był zamknięty. Profesora minął mężczyzna z choinką.
Następnego dnia telefony również nie działały, ale bohaterowi udało się znaleźć mały otwarty sklep. Na półkach były tylko butelki z jasnym płynem, musztarda i słoiki z czymś czerwonym. Gdy dowieziono chleb sklep bardzo szybko wypełnił się ludźmi. Następnie naukowiec ustawił się w kolejce po karpie, by być bliżej ludzi. Nie chciał wracać do ciasnej kawalerki. Ciągle słyszał pytanie sprzedawczyń: „Żywą czy na miejscu?” Ludzi minęli żołnierze. Pod blokiem profesora sprzedawano choinki, więc znów stanął w kolejce i kupił drzewko. Wjechał widną do „swojej” kawalerki, rozsiadł się przy stole i otworzył butelkę octu, myśląc że to wódka. To go otrzeźwiło. Spakował torbę i wyszedł z mieszkania. Spotkał otyłego mężczyznę z zaczerwienioną twarzą, który odgarniał śnieg. Pozdrowił profesora i to spowodowało, że Andrews zaczął opowiadać mu o tym, co go spotkało w ostatnich dniach. Mężczyzna zabrał go do swojego ciasnego mieszkania, poczęstował go herbatą i alkoholem. Od niego Andrews dowiedział się, że wybuchał wojna. Profesor skierował się do łazienki. W wannie zobaczył wielką pływającą rybę. Gdy wyszedł z pomieszczania płakał i przytulał się do gospodarza całkowicie rozbity i zdezorientowany. Sam nic nie rozumiał i wiedział, że nikt nie rozumie tego, co mówi. Po chwili był już w taksówce z walizką na kolanach. Otyły mężczyzna zawiózł go do ambasady.
Po chwili jechali taksówką przez zalane zimnym słonecznym blaskiem miasto. Profesor Andrews trzymał na kolanach swoją walizkę. Potem, gdy żegnał się z otyłym mężczyzną pod bramą ambasady, tamten pocałował go w oba nie golone od dwóch dni policzki. Co profesor mógł mu powiedzieć na pożegnanie? Chwilę ustawiał nieposłuszny, pijany język, a potem wyszeptał niepewnie: „Ziwo czi na miescu?”. Polak spojrzał na niego zdziwiony. „Żywą”, odpowiedział4.
Warto przeczytać: M. Nowakowski „Górą Edek” – streszczenie i opracowanie
18 września 2026J. Kasprowicz „Dies Irae” – opracowanie
20 września 2026PJ (8) – Prawa boskie a prawa ludzkie
22 września 2026F. Dostojewski „Zbrodnia i kara” – str. szczegółowe cz. I rozdz. I

